Wednesday, 26 October 2011

Rowerem w jesień, elegancko i klasycznie


Wreszcie się udało! Mój wymarzony butik rowerowy - BikeBelle.pl - działa i póki co ma się dobrze. Można odwiedzać, oglądać, komentować, a przede wszystkim, można zamawiać :)
A poza tym jesień... Lubię jesień, parkowe aleje pełne liści, poranną mgłę, kasztany, żołędzie, dynie na targowiskach... Rowerem doskonale jeździ się przez jesień. Jestem szczęściarą, bo moja droga do domu to najpiękniejsza w Krakowie rowerowa trasa do Tyńca. Niezależnie od pogody jest tam niewiarygodnie uroczo, a jeśli pojawia się słońce i fale na Wiśle błyszczą w jego promieniach, to już w ogóle robi się landszafcik godny scenografii ckliwego romansidła.
Ale jesień to też okazja do założenia mojej ukochanej części garderoby - płaszcza. Płaszcze i buty to moja miłość, nigdy nie mogę mieć ich za dużo, a do tego to niezbędny element jesiennego cycle chic. Podobnie jak kozaki (przypominam - jazda na obcasach wcale nie jest niebezpieczna!). Jesienią świetnie sprawdzają się klasyczne, eleganckie stylizacje, w których pierwsze skrzypce grają odcienie brązu. Neutralne brązy i beże świetnie sprawdzą się też jako dodatek dla Twojego roweru - ręcznie szyte włoskie skórzane sakwy na bagażnik Monte Grappa w komplecie z chwytami z tej samej kolekcji dodadzą Twoim dwóm kółkom szyku i elegancji. Czerwone rękawiczki dla Ciebie i czerwona róża dla Twojego roweru będą stanowić rewelacyjny, kontrastowy element. Zaraz zrobi się zimniej, więc warto łapać złotą jesień i ruszać na rowerze w miasto!


Płaszcz, Matalan, 40 funtów
Kozaki, Old Navy, 69 euro
Rękawiczki, Mulberry, 125 funtów
Beret, Top Shop, 12 funtów
Róża na rower, Bike Belle, 3,90zł
Chwyty kierownicy Monte Grappa, Bike Belle, 59.90
Podwójne skórzane sakwy na bagażnik, Bike Belle, 499.90

Thursday, 22 September 2011

Cycling London 2

Zanim znajdziecie tu recenzję Boris Bike'ów i moje wynurzenia na temat tego, jak nie dać się zabić na rowerze w Londynie, niech Was zajmie i rozbawi ta sympatyczna porcja zdjęć:



















Monday, 29 August 2011

Rowerem na zakupy (i po więcej stojaków!)

Kiedy jakiś czas temu Londyn uruchomił program "boris-bike'ów", czyli wypożyczalni rowerów ochrzczonych imieniem niezwykle przyjaznego ruchowi rowerowemu burmistrza miasta, w mediach zagotowało się od komentarzy poirytowanych użytkowników systemu, którzy narzekali na wieczny brak miejsc w stacjach dokujących. Szczególnie przeklęta pod tym względem była stacja przy dworcu kolejowym Waterloo, która dla wielu stanowi bramę do biznesowego centrum Londynu, City. Korzystający z boris-bike'ów skarżyli się na czasochłonne kursowanie od stacji do stacji w poszukiwaniu wolnego miejsca do pozostawienia roweru.

Londyńczycy! Jak ja doskonale rozumiem Waszą frustrację! Co prawda, w Krakowie używam głównie swojego roweru, ale męczące krążenie wokół miejsca docelowego w poszukiwaniu czegokolwiek, do czego możnaby w miarę bezpiecznie przypiąć rower nie jest mi obce. Wręcz przeciwnie - momenty, kiedy zmuszona jestem zostawić rower przytulony do latarni, znaku drogowego lub płotu, bijąc się z myślami, czy w akcie desperacji nie wprowadzić roweru do lokalu, są stałym elementem mojej codzienności. Niezwykle ucieszyła mnie niedawna akcja fundacji AllForPlanet, która w całej Polsce stawiała stojaki w wybranych przez rowerzystów lokalizacjach (o estetyce tych stojaków innym razem). Działanie godne pochwały, ale to ciągle kropla w morzu potrzeb. 

Mój rower jest moim środkiem transportu, zabieram go (lub raczej - on mnie zabiera) właściwie wszędzie. Często również na zakupy, a te codzienne robię zazwyczaj na placach targowych w centrum Krakowa. Ja i rower pojawiamy się wobec tego często na Starym i Nowym Kleparzu, Rynku Dębnickim czy - najczęściej - Placu na Stawach. I nie czujemy się tam mile widziani. Nie ze względu na niemiłą obsługę, wysokie ceny, czy, hm, wielkie, migoczące znaki "Rowerzystkom miejskim wstęp wzbroniony", ale dlatego, że właściwie żaden z placów targowych nie oferuje rowerzystom porządnych stojaków. Przy Kleparzu mamy wyrwikółka, a przy Placu Nowym, Rynku Dębnickim i Placu na Stawach nie mamy po prostu nic. W związku z tym moje wycieczki na plac wyglądają zazwyczaj tak: 



Czasem uda mi się przypiąć rower do latarni albo kleparzowego wyrwikółka - o ile uda mi się złapać jakieś miejsce (co bywa trudniejsze niż znalezienie miejsca na bagaż w wagonie TLK), ale - powiedzmy to głośno, wyraźnie i cierpkim tonem - obecne parkingi dla rowerzystów przy placach targowych to kpina. Albo mają niewystarczającą pojemność (tu ukłon w stronę zarządcy Starego Kleparza - czy wyobrażają sobie Państwo sytuację, w którym Kleparz dysponuje tylko siedmioma miejscami parkingowymi dla aut? No właśnie), albo niewłaściwą formę (wyrwikółka to NIE stojaki. To marna imitacja porządnych stojaków), albo wcale ich nie ma. A przecież, drodzy handlarze, drodzy zarządcy - STOJAKI DLA ROWERÓW = ZYSK. Im więcej ludzi będzie miało możliwość w cywilizowany sposób zaparkować rower przy Waszym obiekcie, tym więcej z nich zdecyduje się na zrobienie u Was zakupów. Dlaczego inwestując w infrastrukturę parkingową dla aut zapominacie o rowerach? 

Rzecz jasna, szansa, że zarządcy krakowskich placów targowych trafią na tego bloga i przeczytają moje lamenty, jest niestety mała. Dlatego w mieście, które dla kierowców buduje miejsca parkingowe przy każdej nowej inwestycji drogowej (pozdrawiamy ZIKiT i przypominamy o ewenemencie na skalę europejską, jakim był remont ulicy Długiej) musimy sami domagać się respektowania również naszego prawa do parkowania. Poświęć chwilę i wyślij petycję - choćby po to, żeby nie pluć sobie w brodę, kiedy po raz kolejny będziesz krążyć w poszukiwaniu miejsca do pozostawienia roweru. 

Wednesday, 17 August 2011

Cycling london

Uwielbiam Londyn.
Nie tyle centrum miasta, co jego bardziej peryferyjne dzielnice - Battersea, Hampstead, Putney, Richmond, powoli przekonuję się nawet do Shoreditch. Londyn ładuje mi akumulatory i przywraca wiarę w ludzi (chociaż co do tego ostatniego, nie jestem pewna, czy dzieje się to za sprawą Londynu czy cydru). Tym razem postanowiłam zderzyć z tym miastem moją rowerową stronę.

Ja-rowerzystka i Londyn polubiliśmy się. Nadbrzeżna trasa wzdłuż Tamizy, choć przerywana co jakiś czas różnym portowym żelastwem albo niezrozumiałym, niedostępnym budownictwem, narobiła mi bałaganu w głowie i tęsknię za nią okrutnie. Jadąc z Putney w stronę Barnes, Richmond i dalej, do Twickenham, Hampton Court czy Kingston, ja i rower nie mogliśmy opanować zachwytu - o mało nie skończyło się kąpielą w tej rzece, uroczej jak Marion Cotillard, a zdradzieckiej jak Anna Cugier-Kotka.

Jeździliśmy razem w różne miejsca, a Londyn... zapraszał nas na trasy rekreacyjne, jednocześnie skutecznie zniechęcając do używania jezdni, mimo wytyczonych pasów dla rowerów. Jazda po ulicy to sport ekstremalny - kierowcy zgodnie ignorują rowerzystów, szczególnie wtedy, kiedy ci ostatni nie są wyposażeni w osprzęt godny żołnierza ONZ, mający za zadanie czynić ich bardziej widocznymi (kierowcy natomiast, rzecz jasna, takimi środkami bezpieczeństwa się nie przejmują - obowiązek jazdy z włączonymi światłami mijania w tym kraju nie istnieje).

Tak czy inaczej, Londyn mnie nie zawiódł. Poniżej specjalnie dla tych z Państwa, którzy lubią jeść oczami, moja londyńska rowerowa przygoda w obrazkach. Smacznego.

Ding-dong! London calling


Samotny rower zabłądził w podejrzaną uliczkę...

...gdzie absolutnie nie spodziewał się spotkać kota w roli zabezpieczenia rowerów.


Kingston. 

Na takich rowerach jeżdżą lansiarcy ostrokołowcy z lfgss.com :) (spotkania w każdy poniedziałek, wtorek  i czwartek!)

Tamiza. Popularne cmentarzysko rowerowe.



Spotkani na Northcote Road: Stu, Kim i ich wspaniałe rowery

Kto zgadnie, gdzie to?



Wednesday, 22 June 2011

Rowerem w upał

Nie ma czegoś takiego, jak "za gorąco na rower". Nie ma i kropka. Nadużywając lekko terminologii stworzonej przez niejakiego E.T.Halla (łebski facet, wymyślił taką dziedzinę nauki jak proksemika, o więcej informacji zapytajcie wujka Gugla) mogę określić rower jako ekstensję ludzkich kończyn, a czy ktoś kiedyś słyszał hasło "jest za gorąco na nogi"? W każdym razie, jeżdżenie na rowerze, kiedy słońce przypala nam skórę i rozjaśnia włosy, jest o wiele lepsze niż poruszanie się pieszo. Dociekliwym, na pożarcie garść powodów:


1. Jest chłodniej. Na rowerze poruszam się szybciej niż pieszo, dzięki czemu szybciej przecinam powietrze, które w ten sposób mnie chłodzi. Wcale nie muszę zasuwać jak poparzona, wystarczy, że jadę. Przy okazji wiatr rozwiewa mi włosy. Kto ma długie włosy opadające na plecy, ten zrozumie, jakie to sympatyczne, takie rozwiewanie. Ponadto, moim ulubionym rowerowym gadżetem na lato jest spryskiwacz do kwiatków. Takie plastikowe ustrojstwo używane do kwiatków właśnie lub do spryskiwania prasowanej odzieży, doskonale służy też jako Letni Nanoszacz Substancji Chłodzącej na Skórę Rowerzysty/tki. Kiedy jadę, lubię sobie spryskać nogi i ręce wodą - wietrzyk wtedy przyjemnie je chłodzi. Nie ma porównania z dusznym, zatłoczonym autobusem czy tramwajem!

2. Jest szybciej. Nie ma nic gorszego niż wystawianie się na pełne słońce przez jakąś idiotycznie olbrzymią ilość czasu. Niezależnie od tego, gdzie się wybieramy, rowerem jest szybciej niż pieszo. W mieście również szybciej niż samochodem. No?!

3. Jest wygodniej. Kiedy idę i uwierają mnie buty (a w lecie to wcale częste), jestem w kropce. Mogę albo cierpieć w imię wypełniania społecznych oczekiwań, albo zdjąć buty, narażając się na głupie spojrzenia i niemożliwe do umycia pięty. Tymczasem, cierpiące stopy oparte o pedały łatwo ukoić, zdejmując buty i pedałując boso (jak wspominałam, nie polecam w razie konieczności częstego zatrzymywania się na światłach. Na trasie tynieckiej tymczasem - super). Poza tym, w wysokich obcasach wygodniej na rowerze niż pieszo. Tym bardziej w upał.

4. Jest poręczniej. Na rowerze nie muszę przewieszać siebie torby czy plecaka, który jeszcze dodatkowo grzeje. Mogę za to włożyć torbę do koszyka albo zapakować co potrzebuję do mojej torby przypinanej do bagażnika. Na rowerze mogę wieźć sobie butelkę oranżady, truskawki się nie pogniotą, mogę zabrać jedzenie na wynos z bary mlecznego Krakus i dowieźć je na bulwary bez obaw.

Na rowerze mogę sobie też przewieźć cokolwiek mi potrzebne do opalania się/pływania/korzystania z lata zgodnie z przeznaczeniem. A przecież mojej wielkiej, żółtej nadmuchiwanej kaczki-pontonu taszczyć pieszo nie będę. A Państwo?

Friday, 17 June 2011

Jak jeździć w szpilkach na rowerze?

Obiecałam i dostarczam: odpowiedź na Bardzo Ważne pytanie "jak jeździć w szpilkach na rowerze?". Poniższa garść porad odnosi się, rzecz jasna, nie tylko do szpilek, ale do wszystkich wysokich obcasów.
Para wysokich obcasów długo przygotowywała się do tej niezwykłej chwili. 


Po pierwsze: właściwe ustawienie siodełka. Kiedy jedziemy na rowerze musimy być w stanie wyprostować nogę, a jednocześnie móc ją postawić na podłożu podczas zatrzymania na światłach. Warto poświęcić chwilę dopasowując wysokość siodełka, bo potem możemy nieprzyjemnie się rozczarować koniecznością zsiadania z roweru na czerwonym świetle, albo koncertowym rozharataniem obcasa zahaczającego o jezdnię.

Siodełko ustawione? Bomba. Przechodzimy do jednego z ważniejszych elementów, czyli ustawienia stopy na pedale. Sposobem, który stosuję, jest zaczepienie obcasem o pedał, jak na zdjęciu poniżej - taka pozycja stopy ułatwia pedałowanie i uniemożliwia ślizganie się buta po pedale.
'Jak niezwykle mogę się wyginać', pomyślała stopa

Stopa ustawiona? Ruszamy! Na prostej nie powinnyśmy mieć żadnych problemów, uwagę należy natomiast zwrócić na wykonywanie skrętów i zawracanie - podczas tych manewrów łatwo zahaczyć obcasem o podłoże, dlatego przed zakrętem zazwyczaj zmieniam pozycję stopy, opierając palce na pedałach.

Et voila, oto cała filozofia. W ramach superpromocji dorzucam gratis kilka praktycznych uwag:
- nie polecam jazdy na rowerze w obcasach obszytych skórą, czy czymkolwiek innym - obszycie może się łatwo zetrzeć poprzez nacisk na pedały
- jeżeli obcasom towarzyszy sukienka czy spódnica do kolan lub dłuższa, konieczne jest stosowanie ochraniaczy na tylne koło. Substytutem tego rozwiązania może być spięcie spódnicy na środku agrafką (dzięki czemu tworzą się taie tymczasowe pseudo-spodnie), ale na dłuższą metę bywa to denerwujące.

Pytania? Niejasności? Czas ucieka,pole na komentarz czeka.
Wszystko jasne? W takim razie - na obcasy, alleluja i do przodu!

Monday, 13 June 2011

Święto Cykliczne Kraków 2011

Ale się działo!
Najpierw się zgubiłam. Zgubiłam się, bo się spóźniłam. A to akurat żadna nowość. Wiedziałam, że nie zdążę na 15:00 na Plac Szczepański, więc raz-dwa-trzy sprawdziłam sobie w komputrze trasę przejazdu, wzięłam Glorie* i pojechałam gonić Wielki Przejazd Rowerowy.

Dobrze, że w Przejeździe jechał niejaki Emcek, który miał telefon i głowę na karku (a także fajną rikszę, którą zbudowali z bratem w garażu. Pozdrawiam obu panów przy okazji). Emcek ów telefon ode mnie odebrał i powiedział mi, że trasa Przejazdu nijak ma się do wcześniej zaplanowanej, bo właśnie wjeżdżają w Piłsudskiego, a jak dobrze pamiętałam, Piłsudskiego wcale nie było na mapie Święta. Szczęśliwie dla mnie, Glorie oraz sympatycznej bandy ludzi, która spóźniła się razem ze mną, Przejazd ostatecznie skierował się na właściwy tori mogliśmy dołączyć. W samą porę, by zobaczyć atak świeckiego odpowiednika księdza Natanka na sympatycznego kolegę ze szczekaczką (nie spodobało mu się najwyraźniej, że ktoś śmiał skomentować blokadę założoną na kole jego nieprawdiłowo zaparkowanego samochodu i trochę się w nim zagotowało. Do tego stopnia, że puścił się biegiem, taranując niemal uczestników Przejazdu, by w tradycyjny, niewerbalny sposób wymierzyć, jak sądził, sprawiedliwość. Na szczęście obyło się bez ofiar.)

Pozdrawiani przez nieprzebrane tłumy, które znalazły się na trasie przejazdu - szczególnie przez mniej więcej dwuipółkilometrową kolejkę przed lodami Sargi na Starowiślnej - dotarliśmy do Fabryki, gdzie towarzyszący mi chłopcy zajęli się rozmową o imponderabiliach przy akompaniamencie brzęku butelek piwa, dziewczęta dołączyły do konsumpcji uciekając jednak przed zbyt wyczerpującymi, jak na słoneczną niedzielę, tematami, a ja zabrałam się za mój jednodniowy warsztat stylizacji rowerów.


Warsztat planowany był nieco inaczej i gdyby mój dostawca nie nawalił, jego uczestnicy skorzystaliby o wiele bardziej (szczególnie, jeśli chodzi o darmowe akcesoria). Niemniej nawalił, więc musiałam sobie radzić z tym, co przygotowałam wcześniej. Miałam okazję ubrać między innymi kompletnie szalony Bańkower, z zamontowaną przeuroczą maszyną do puszczania baniek mydlanych (chcę!), bardzo fajne biało-zielone ostre koło i, wyjątkowo niespodziewanie, trzy beemiksy (pozdrawiam panów, którzy wyżarli mi wszystkie żelki:). Furorę zrobiły moje akcesoria na rower z włóczki i koszyki. Trochę żałowałam, że wzięłam ze sobą tylko wzory...






Poza tym upewniłam się, że fajną rikszą można ruszać nawet na Berlin, obejrzałam pokaz mody rowerowej studentek krakowskich szkół artystycznych i zawitałam do RUMB-u, gdzie jednocześnie odbywało się spotkanie z cyklu Miastoprojektor, w ramach festiwalu Art Boom. I, rzecz jasna, pooglądałam sobie rowerzystów - tylu naraz w Polsce nie widziałam nigdy. Lepsze czasy są blisko - tłum ma zawsze rację, a tłum mówi, że rower jest wielce okej.


*Glorie, moja piękna czerwona holenderska damka. Proszę sobie tę nazwę zapamiętać, bo będzie pojawiać się na tym blogu częściej, a ja nie załączę już więcej gwiazdek.